Odrzucona córka

W Paryżu znałam pewną malarkę o imieniu Claudine. Była kobietą o wyjątkowej urodzie, miała subtelną twarz, smukłe ciało, błyszczące, brązowe oczy, poruszała się z wdziękiem i elegancją. Jej mieszkanie było urządzone z artystycznym smakiem. Ubierała się szykownie i z gustem, jej mąż zarabiał świetnie fotografując dla magazynów mody oboje byli uosobieniem pojęcia beautiful people (piękni ludzie). Kiedy poznałam Claudine, miała trzydzieści sześć lat. Czasami przyjeżdżała po mnie do biblioteki, i jeszcze dzisiaj widzę ją, jak opiera się o mur przy bramie wjazdowej, szczupła jak chłopiec w swoich niebieskich dżinsach, w czapce z daszkiem nasuniętej na czoło, młoda, świeża
beztroska. Claudine często wydawała przyjęcia, wszyscy bili się o zaproszenia. Była znakomitą gospodynią i za każdym razem potrafiła odpowiednio dobrać ludzi. Zawsze było wesoło, a jej mały szorstkowłosy jamnik Jonny dbał o niespodziewane atrakcje: ukryty za długimi storami czekał cicho, by wyskoczyć z głośnym ujadaniem w najmniej odpowiednim momencie. Latem chętnie załatwiał swoją małą potrzebę z balkonu na ulicę, zimą także na dywanie w salonie, jeśli uznał, że poświęca mu się zbyt mało uwagi. Claudine miała jedną poważną wadę: kłamała jak najęta. Przede wszystkim w kwestii swojego wieku. Tylko długoletnie przyjaciółki wiedziały, że ma ponad trzydzieści lat. Większość jej znajomych sądziła, że ma koło dwudziestu pięciu.

Znalazłeś się tutaj dzięki współpracy z poniższym serwisem:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

error: Content is protected !!